Previous następna
Nr 5/2012 ...
Nr 4/2012 ...
Nr 3/2012 ...
Nr 1-2/2012 ...
nr 12/2011 ...
Nr 11/2011 ...
Nr 8-10 ...
Nr 7/2011 ...
Nr 6/2011 ...
Nr 5/2011 ...
Nr 3-4/2011 ...
Nr 1-2/2011 ...
Nr 9/2010 ...
Nr 7-8/2010 ...
Nr 6/2010 ...
Nr 5/2010 ...
Nr 3-4/2010 ...
Nr 1-2/2010 ...
Nr 12/2009 ...
Nr 11/2009 ...
Nr 10/2009 ...
Nr 9/2009 ...
Nr 7-8/2009 ...
Nr 6/2009 ...
Nr 5/2009 ...
NR 3/2009 ...
Nr 2/2009 ...
Nr 1/2009 ...

Intelektualne

Archeologia Kaszubszczyzny część 1

logonasze kaszuby

Dzięki uprzejmości bardzo ciekawego portalu  www.naszekaszuby.pl rozpoczynamy publikację cyklu artykułów o archeologii autorstwa profesora nadzwyczajnego dr hab.Tadeusza Grabarczyka, który kieruje Zakładem Prehistorii Wydziału Filozoficzno-Historycznego, Instytutu Archeologii Uniwersytetu Łódzkiego.  Zapraszamy na spotkanie  z archeologią.

Archeologia Kaszubszczyzny część 1 

Wstęp

 

Więcej…

Katarzyna T. Nowak „Kobieta w wynajętych pokojach"

Kontynuujemy prezentację twórczości krakowskiej pisarki Katarzyny T. Nowak.

Tym razem proponujemy fragment pochodzący z jej książki „Kobieta w wynajętych pokojach". Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Przedstawiamy również recenzję Renaty Radłowskiej, która ukazała się na łamach Gazety Wyborczej (Kraków).

Życzymy Państwu miłej lektury!               

1645.jpg

Katarzyna T. Nowak "Kobieta w wynajętych pokojach" 

Znowu usiadła przed komputerem. Jest 3.56. Po bezsensownej miotaninie w łóżku wstała, by poukładać myśli. Zawsze tak jest: pojawiają się znienacka, nachalnie, w formie dialogów lub słowotoku i wtedy może wstać, żeby je zapisać, pozbyć się ich. „Życie domowe prześladuje mnie dosłownie i w przenośni. To jest mój dom, to ja pozwoliłam komuś wejść do niego, zaprosiłam na chwilę, może dłużej, a on już traktuje mnie jak swoją własność, już przesuwa przedmioty, meble, tworzy granice. Ustawia po swojemu, wchodzi bez pukania. Naiwnie myśli, że jak go zaprosiłam, to należę do niego wraz z całym dobytkiem. Domaga się i żąda, a potem obraża. Wnosi hałas i zamieszanie. Podnosi głos bez powodu”.

Tej nocy Pierwszy nie chrapie, ale ona i tak nie może zasnąć.

Szorstkość i czułość, niemiłe i śmieszne chwile, jak choćby ta, kiedy poszli na targ po zakupy. Wybierali owoce i warzywa, kupili papryczkę chili w doniczce.

– Skosztuję winogron – powiedziała, biorąc jedno do ust.

– Dwadzieścia dwa złote – podliczyła sprzedawczyni, podając siatkę z zakupami.

– Dwadzieścia – targował się Pierwszy.

– No dobra, ale mama zjadła winogrono! Więc dwadzieścia jeden, i basta – oznajmiła sprzedawczyni.

„Drogie to winogrono” – pomyślała przelotnie. I zaraz przypomniała sobie, jak kupowała w aptece żel usuwający obrzęki z nóg.

– Wie pani, bo mój… – zawahała się… – chłopak cały dzień biega w pracy i w nocy nie może spać, tak go bolą nogi. Mnie z kolei bolą po prostu od chodzenia.

– W takim razie dla syna ten z kasztanowca, a dla pani silniejszy – zdecydowała farmaceutka.

„No tak, przecież w moim wieku powiedzieć «mam chłopaka» może oznaczać tylko jedno: «mam syna». Kogo zatem, oprócz męża, można mieć w wieku czterdziestu lat? Faceta? Konkubenta? Kochanka? Nazywać go mężem dla listonoszy, aptekarek, ślusarzy…? A może synem? W końcu, co za różnica.

Te jego dwadzieścia siedem lat to katastrofa. Jestem za młoda na dwudziestosiedmiolatka. To dobre dla kobiet po pięćdziesiątce! Ale czy to naprawdę ma jakieś znaczenie?”

Właściwie czterdziestka to nie taki zły wiek: nie jest już dwunastoletnią chłopczycą z długimi kończynami, króciutkimi włosami, którą brano za chłopaka. Nie jest już szesnastoletnią chudą jak patyk dziewczyną z włosami do ramion i z nogami, za którymi odwracali się chłopcy z wyższych klas, ani dwudziestolatką szukającą nie-wiadomo-czego, żyjącą od imprezy do imprezy, połykającą książki, które nie dawały wiedzy o tym, jak żyć.

Już za nią czwarta dekada życia. Teraz już nic nie musi. Teraz jest po prostu kobietą. I ostatnią rzeczą, jakiej by chciała, to mieć starszego od siebie faceta, który zaczyna martwić się swoim wiekiem, coraz częściej zagląda w lustro, każdego dnia wjeżdża windą na to samo piętro w biurowcu, gdzie jest jego biureczko i komputer. Trzęsie się ze strachu: nie stracić etatu, nie stracić! Aż mu ręce latają, tylko to, tylko ta prestiżowa praca daje mu siłę młodzieńca. Inaczej rozsypałby się jak pierze. Solarium, kosmetyczka, wyjazdy do SPA, młoda laseczka dwa biurka dalej, którą obraca nocami i już nawet tego nie ukrywa. Mężczyzna z gatunku tych, którym wydaje się, że są ważni, niezastąpieni, „porządni”, co to wszystko mają poukładane, w czystym, dobrze dopasowanym ubraniu, mającym sprawiać wrażenie luźnego, ale jakoś dziwnie tylko je sprawia. To taki mężczyzna, który gdy wchodzi do klubu, przystaje, by się rozejrzeć, czy na pewno wszyscy go zauważyli. W domu ma swoją piżamę, płaci rachunki w terminie, nie zalega z podatkami i wciąż daje do zrozumienia swojej żonie – mimo iż są równolatkami – że jakimś cudem jest od niego znacznie starsza. Niewolnik biureczka i swoich kompleksów przekonany, iż wreszcie – po latach pięcia się w górę – ma to, co chciał: nieograniczoną wolność.

„Dla wielu ludzi, których znam, liczy się tylko jedno: by inni im zazdrościli. Wkładają w to całą swoją energię, pasję, wykształcenie i znajomość języków. Zadłużają się w bankach, by mieszkać w modnych dzielnicach, broń Boże nie jeździć metrem ani autobusem, nie ocierać się o plebs. Ale gdy im coś powiesz, zaraz krzyczą ze świętym oburzeniem: «Ja??? Ja mam świetny kontakt ze swoją gosposią! To X i Y się wywyższają. To X i Y wydali majątek, by mieć w kuchni zamiast zwykłych kafelków modną wylewkę betonową. Ja mam tylko kawałek betonu obok zlewozmywaka, nie stać mnie na takie fanaberie!»”

Dobra znajoma ze stolicy, niegdyś zafascynowana jej związkiem z Drugim, teraz nie zaprosiła jej na premierę sztuki, w której grała główną rolę, bo wiedziała, że przyjedzie z Pierwszym.

– No wiesz, jak to jest, ta cała warszawka – narzekała przez telefon. – Ja mam tylko dwie wejściówki, a bilety są po stówie, tu się wpycha całe miasto, taki modny teatr, a w ogóle to będę bardzo zajęta. Tak, jest potem bankiet, ale to jeszcze niepewne; zresztą te bankiety są takie nudne, to zjazd snobów.

No tak, bo Pierwszy może na bankiecie powiedzieć „thriller” zamiast „bestseller”, jak mu się ostatnio zdarzyło, pomylić Liroya z Eminemem, no i w ogóle, niestety, się odzywać. „Z Pierwszym pod rękę nie pasujemy do betonu w mieszkaniach, bo jeszcze Pierwszy zapyta zdziwiony, czemu ta kuchnia nie została wykończona”.

– Nawet mój facet chyba nie pójdzie na premierę, a bankietów wprost nie znosi – nawijała dalej znajoma, która szczyci się tym, że w wieku piętnastu lat przeczytała całego Dostojewskiego i w ogóle wszystko, co ważne dla prawidłowego rozwoju intelektualnego. – On ma prawdziwą alergię na snobów. Ja też, ale wiesz, ja muszę bywać, chociaż rzygać się chce, dosłownie rzygać!

No, faktycznie. Chce się. Może gdyby powiedziała znajomej, że Pierwszy jest kucharzem gejem, to nie byłoby tej rozmowy. Bo geje są na topie. Właściwie wystarczy ubierać się jak gej – i tak nikt nie uwierzy, że nim nie jesteś. Dziś co drugi facet, który chce być modny, przebiera się za geja. A gdyby jeszcze dodała, że Pierwszy specjalizuje się w kuchni libijskiej, zaproszenie przyleciałoby z prędkością światła:

„Teraz biorę żarcie na wynos tylko od Libijczyka. Ma fantastyczny humus!” – paplała po drugiej stronie słuchawki nagle dodając:

– I nie zgrywaj takiej obrażonej. Nie jesteś inna! Autobusem nie jechałaś z dziesięć lat.

Chciała dziś przemeblować znów mieszkanie, czuła nieodparty przymus zmiany. To zły znak. Ale meble w tym nowym układzie nie pasowały do siebie, więc wróciły na swoje miejsca. Może zatem to tylko chwilowy kryzys, coś do siebie przestało pasować, jeszcze nie wiadomo, co. Jednego dnia stwierdza: tak jak jest, jest dobrze i tak pozostanie. Innego: to wszystko jest bez sensu.

„Bo kasy nie masz, idiotko! – karze siebie w myślach. – To ci się wszystko wydaje złe. Zostaw te artykuły, na książki się przerzuć, na scenariusze, na serial najlepiej. Ale ty wstydzisz się pisać o romansach, o miłości, bo wydaje ci się, że to będzie harlequin jakiś. Wszyscy piszą o miłości, więc czego się wstydzisz? Chcesz napisać o wolności, ale nie wiesz jak? O miłości, ale nie wiesz jak? No to zostaw to i idź do pracy, idź do baru, restauracji. Ale czy ktoś widział czterdziestodwuletnią kelnerkę? No, ty widziałaś. Dwadzieścia lat temu były tylko takie albo nawet starsze. Podawały herbatę bez cytryny w przybrudzonej szklance, czasem lubiły przysiąść się i porozmawiać. Te dzisiejsze mają po dziewiętnaście lat i ledwo usiądziesz, przylatuje taka w kusej spódniczce i zaczyna: «Mam na imię Sabina. Będę panią obsługiwała» (facetom też to mówi?), po czym recytuje litanię soków, herbat, kaw, aż w końcu, trzymając dopalający się papieros, mówisz: «popielniczkę proszę».

Ależ cię męczy ta przekroczona czterdziestka, co? Bo to początek, ale końca. Jesteś właśnie na szczycie długiej zjeżdżalni. Nic i nikt tego nie powstrzyma. Jeszcze parę lat i koniec okresu. Koniec z męczącymi podpaskami, zakrwawionymi prześcieradłami. I początek rozpadu. Oto twoje nowe słowa: starzenie się, utrata, wiotczenie, zużycie, rozkład. Naucz się ich na pamięć. Nazywaj rzeczy po imieniu. I spiesz się, spiesz, spiesz...!” 

http://katarzynanowak.art.pl/
http://terakowska.art.pl/

http://katarzynatnowak.wordpress.com/ 

*** 

A oto recenzja autorstwa Renaty Radłowskiej, Gazeta Wyborcza (Kraków):

 

Ironiczna, gorzka, przejmująca, złośliwa - a wszystko jednocześnie. Taka jest jedna, konkretna kobieta. To "Kobieta w wynajętych pokojach" Katarzyny T. Nowak.

Prawdopodobieństwo, że Katarzyna T. Nowak utknie w pisaniu kolorowo-magazynowym było naprawdę duże. Pisała przecież felietony i reportaże dla pań. Zajęcie mało skomplikowane, mało rozwijające - jednak spokojne. I bezpieczne. Ale postanowiła zaryzykować i napisać prozę dla siebie - nie za zamówienie. Najpierw była książka-opowieść o matce Dorocie Terakowskiej - dobrze przyjęta przez czytelników, kłopotliwa dla krytyków. Dlaczego? Bo Katarzyna T. Nowak pokazała, że umie pisać, czuje słowo - tyle, że nie udało jej się nie być w tej książce córką swojej mamy. Niby więc dystans, a jednak brak dystansu. Ta książka była jednak ważna, ponieważ ośmieliła Katarzynę T. Nowak. Teraz wydała "Kobietę w wynajętych pokojach", która jest udaną próbą zerwania ze światem kolorowych magazynów i szukaniem własnej przestrzeni literackiej (a może nawet emocjonalnej).

Kim jest ta "Kobieta..."? Czterdziestolatką, która szuka sensu wszystkiego. Banalne, ale tylko na pozór. Nie umie być w związku, nie umie w nim nie być. Nie wie, na czym polega odpowiedzialność i konsekwencja. Rani ludzi, boi się ludzi, kocha ludzi. Uwielbia siebie, nienawidzi siebie. Żyje i tkwi w wiecznym bezczasie. Kobieta-nikt, kobieta-ktoś. Byłaby to zwyczajna opowieść o singlach, ale na szczęście nią nie jest, bo nie ma w niej lansowania pazerności na życie. To historia o samotności; bez lukru i melodramatyczności. Cyniczna, ironiczna, gorzka - z ogromnym dystansem. "Kobieta..." nie jest powieścią feministyczną, żadnym manifestem, raczej rzeczą o pogubieniu się w świecie, który się wybrało. Powieścią o życiu-pułapce.

Katarzyna T. Nowak potrafi pisać i nie chodzi tylko o opowiadanie historii. Nie chodzi o wzruszanie, przerażanie, ale o rzecz o wiele bardziej skomplikowaną - zadziwianie. Czym "Kobieta w wynajętych pokojach" zadziwia? Krwistością, wielowymiarowością, dusznością. Dziennikarstwo nauczyło autorkę wyławiania szczegółów i nadawania im pierwszoplanowej roli. Czasem oczywiście przesadza w skupianiu się na drobiazgach - opowieść zamiast po prostu się toczyć, skręca w dziwne, mało uzasadnione kierunki - ale przeważnie jest w tym sens.

Intrygujące jest też pogubienie się - niby Nowak pisze o jakiejś kobiecie, w trzeciej osobie, a jednak czyta się to nie jak "była", "zrobiła", ale "byłam", "zrobiłam". Zaskakujące, jak bardzo fizyczne są te pomyłki, jak bardzo namacalne. Oczy widzą czasowniki w trzeciej osobie, głowa czyta co innego. Pewne jest jedno: tego Katarzyna T. Nowak nie zaplanowała. Sama się miota. 

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków

Matka i córka - Dorota Terakowska i Katarzyna T. Nowak

nowDSC6647mm

 Katarzyna T. Nowak - krakowska dziennikarka i pisarka. Autorka trzech książek:

"Moja mama czarownica. Opowieść o Dorocie Terakowskiej" (WL 2005)

"Kobieta w wynajętych pokojach" (WL 2007)

"Kasika Mowka" (WL 2010)

w przygotowaniu kolejna...

 

Swoją pierwszą książkę Katarzyna T. Nowak napisała o swojej mamie, Dorocie Terakowskiej, dziennikarce i pisarce, autorce takich książek jak „Ono”, „Poczwarka”, czy „Tam, gdzie spadają anioły.” 

now1198.mjpg

Książka „Moja mama czarownica. Opowieść o Dorocie Terakowskiej” długo utrzymywała się na listach bestsellerów. W tej chwili dostępne jest wydanie drugie, które można kupić bezpośrednio ze strony:

http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/1047/1-moja-mama-czarownica-opowiesc-o-dorocie-terakowskiej

 

A oto fragment tej książki:

 

 

Kaśce, żeby sobie pofrunęła”

 

Ta niepokorna, niesamowicie trudna i najważniejsza dla mnie osoba z jednej

 

strony – próbując uczyć mnie samodzielności na swój własny sposób – gdy byłam

 

nastolatką potrafiła głośno, przy ludziach, powiedzieć mi, że mam brudną szyję

 

(pewnie i miałam) lub że „do niczego się nie nadaję”, a z drugiej chroniła mnie jak

 

mogła, choć nie okazywała tego wprost.

 

To ona, wierząc w to, że mam talent do pisania, uczyła mnie dziennikarstwa.

 

To ona mozolnie poprawiała moje teksty, krzycząc: „Jak mogłaś coś tak fatalnego

 

napisać?!”, „To zdanie to masło maślane!”, „MYŚL! Przecież umiesz!!!!”. Irytowałam

 

się, ona też, ale dzięki temu nareszcie pewnego dnia usłyszałam: „Nauczyłaś się.

 

Piszesz dobrze”.

 

Pamiętam, jak drażniły mnie jej częste telefony do mnie i ten jej rozkazujący ton.

 

Chciałabym teraz usłyszeć od niej przez telefon: „Pisz lepiej! Bo umiesz”. Ta książka

 

jest moim pierwszym pisarskim zadaniem bez poczucia, że mogę spytać mamę, co o

 

tym myśli. Bez koła ratunkowego w postaci jej opinii. Bez poczucia bezpieczeństwa.

 

Przypominam sobie, jak Baja (tak nazywaliśmy w rodzinie mamę Maćka

 

Szumowskiego), próbując nauczyć mnie pływać, wyrzuciła mnie z materaca na głęboką

 

wodę, mówiąc: „No pływaj, pływaj!”. Dziko przerażona... popłynęłam. Tylko że Baja

 

była obok.

 

Chciałabym odkryć, jak to się stało, że mama, w młodości szalona imprezowiczka,

 

politycznie zaangażowana dziennikarka, nagle, w dojrzałym wieku, zaczęła pisać takie

 

książki, jak Tam gdzie spadają Anioły, Ono czy Poczwarka. Gdybym kupiła te książki i

 

nie znała autora, nigdy nie wpadłoby mi do głowy, że napisała je moja matka. Do dziś

 

mam wrażenie, że wciąż na nowo ją poznaję.

 

W reportażu telewizyjnym, trafnie zatytułowanym „Dwie Doroty”, mama

 

mówiła, że tkwią w niej dwie osoby: pierwsza pilnie śledzi wszystkie newsy prasowe,

 

słucha wiadomości, czyta gazety, pisze ostre felietony. Druga przebywa w zupełnie

 

innej rzeczywistości, jakby po drugiej stronie lustra, gdzie wszystko jest możliwe i gdzie

 

rządzą prawa magii. I te dwie Doroty, ta analizująca chłodno i krytycznie rzeczywistość

 

publicystka i ta druga, która wierzy w magiczne moce, sny i przeczucia, słyszy, jak

 

łabędzie skrzydła śpiewają, a w życiu kieruje się nie rozumem, lecz intuicją – są w niej

 

obecne obok siebie.

 

Przez wiele lat mama – przynajmniej na pozór – lepiej od śpiewu łabędzich

 

skrzydeł słyszała własny głos. Apodyktyczna, władcza, agresywna, uparta do granic

 

niemożliwości, w ciągłym biegu, nie czuła się dobrze w rodzinnym domu, więc z niego

 

uciekała. Nie pasowała do żadnej szkoły, w każdej było jej za ciasno. Nie wiedziała,

 

jakie studia wybrać. Szukała siebie w szaleńczym stylu życia cyganerii krakowskiej,

 

w Piwnicy pod Baranami, w klubach jazzowych, kabaretach. Wszędzie musiała być

 

pierwsza, jeśli nie najlepsza, to najgorsza. Byleby inna. Próbowała odnaleźć siebie

 

nawet w partii. I w macierzyństwie, które przyszło zbyt wcześnie i od którego też

 

uciekła. I w gazetach, w których koledzy, z powodu nieznośnego charakteru, nazywali

 

ją „ta straszna Terakowska”. Nawet w domu, który stworzyła, bywała straszna.

 

Obie Doroty od dziecka zgadzały się w jednym: chciały pisać. Łamać konwenanse,

 

burzyć struktury, żyć mocno i z pasją. Aż wreszcie, grubo po czterdziestce, mama

 

przestała uciekać, powoli odnajdywała to, co zgubiła w szaleńczym biegu. Skryta, nie

 

znosząca czułostkowości, zamknięta w sobie, choć otwarta na innych, odkrywała się

 

coraz bardziej w książkach.

 

Gdybym na co dzień wyrzucała z siebie to wszystko, co we mnie tkwi, nie

 

miałabym już o czym pisać. Ale mam poczucie, że to nieokreślone „coś” w pewnej

 

chwili zgubiłam, rozmieniłam to na drobne, swoim życiem sama temu czemuś

 

zaprzeczałam i musiałam to dopiero odnaleźć w sobie na nowo. Znalazłam to dopiero

 

po czterdziestce i wtedy napisałam pierwsze powieści.

 

Te książki wywoływały szok wśród jej znajomych, tak bardzo nie pasowały do

 

autorki. Kiedy Alicja Baluchowa, niedługo przed śmiercią mamy, powiedziała jej, że jest

 

taka jak bohaterowie jej książek, ta bardzo się ucieszyła: „Naprawdę???”.

 

Najpierw przeczytałam Tam gdzie spadają Anioły (wręczyła mi książkę z odręczną

 

dedykacją: „Kaśce, żeby sobie pofrunęła”) – było to jakieś sześć lat temu – i doznałam

 

wstrząsu. Bo nagle okazało się, że ta apodyktyczna, hiperenergiczna i hiperzajęta

 

osoba, która przemyka obok jak huragan, tak naprawdę słucha, widzi i rozumie innych.

 

I jest wewnątrz tak wrażliwa i czuła, jak chropowata na zewnątrz. Znikła złość i bariera,

 

która dzieliła nas przez tyle lat. Skończyło się czekanie: która pierwsza wyciągnie rękę.

 

I tak zaczęłyśmy poznawać siebie… Znalazłam w jej książkach to, czego szukałam. Ona

 

znalazła to, co zgubiła.

 

Teraz, po jej śmierci, odczytuję te książki inaczej. Już wiem, dlaczego tak

 

starannie zamykała się na wiele godzin w „pokoju komputerowym”, w którym pisała,

 

i spowita dymem papierosowym, z orzeszkami w zasięgu ręki, izolowała się od nas,

 

nawet od Maćka, który w pewnym wywiadzie wyznał rozbrajająco, że cierpi wtedy na

 

chorobę sierocą. Tam odnajdywała się wśród nie zawsze przyjemnych wspomnień,

 

dręczących ją lęków i obsesji, niespełnionych marzeń, nadziei i – przenosiła je na kartki

 

papieru.

 

Po czym, niejako „oczyszczona”, wychodziła z impetem z pokoju i jak gdyby nigdy

 

nic mówiła: „To co, Maciuś? Może brokuły na kolację?”, mimo że dochodziła druga w

 

nocy.

 

- Brokuły? Czemu nie? Ale najpierw zerknę, co tam napisałaś – mówił.

 

- Nie ma mowy – odpowiadała stanowczo. A tata Maciek nie ośmielił się, bez

 

zgody, otworzyć jej komputera. Zajrzał tam tylko raz, po śmierci mamy, ale nawet

 

wtedy, nieporadnie stukając w klawiaturę, powiedział do mnie: „Nie mogę. Czuję się

 

jak złodziej. Zrób to ty, tobie to będzie potrzebne”.

 

Zrobiłam to więc i... poczułam się głupio, przeglądając jej e-maile i znajdując

 

dziwny plik, zatytułowany „Wierszyki-poradniki”. Nie miałam pojęcia, że pisała

 

takie rzeczy. Zbierała wszystkie listy od i do czytelników, zachowywała w osobnych

 

folderach korespondencję ze znajomymi, ale gdy na skutek awarii komputera

 

bezpowrotnie utraciła część danych, nie odzyskała wszystkiego.

 

Biografowie opierają się na starych listach, pamiętnikach... Ja nie mogę

 

skorzystać z podobnych źródeł, bo mama niczego takiego nie miała, a jeśli miała, to

 

zniszczyła. Nie rozmawiałyśmy też o przeszłości, o jej dzieciństwie, o przodkach...

 

Żyłyśmy dniem dzisiejszym i przyszłością.

 

Zatem pisząc tę książkę, opieram się na wywiadach, których udzieliła, na e-

 

mailach, które się zachowały, na rozmowach z ludźmi, którzy ją znali, i na swojej

 

pamięci. Pewne daty, fakty mogą się nie zgadzać, bo przecież pamięć bywa zawodna.

 

„Nie rób w tej książce żadnych uników”. Postaram się.

 

"Moja mama czarownica. Opowieść o Dorocie Terakowskiej" (Wydawnictwo Literackie 2005).

 

Książka ta to portret pisarki wyłaniający się z opowieści jej starszej córki, dziennikarki, Katarzyny T. Nowak. Jest fascynującym opisem osobowości niebanalnej, niezwykle silnej, twórczej, niepokornej. Przy okazji czytelnik poznaje wiele słynnych postaci życia kulturalnego, krakowskiej bohemy lat 50., 60., 70 - Piotra Skrzyneckiego, Wiesława Dymnego, Zygmunta Koniecznego, Bronisława Chromego,Andrzeja Bursę, Ludwika Jerzego Kerna, Leszka A. Moczulskiego. Wspomnienia rodziny i bliskich osób związanych z Dorotą Terakowską, fragmenty jej listów i książek czynią jej portret bardzo intymnym, ale też niejednostronnym.

 

Więcej o Autorce Katarzynie T. Nowak:

http://katarzynanowak.art.pl/

http://terakowska.art.pl/

http://katarzynatnowak.wordpress.com/

 

 

30 lat "Daru Młodzieży"

 DSCN0477m

Aniśmy się obejrzeli, a tu naszemu „Darowi Młodzieży” stuknie trzydziestka. Wydawać by się mogło, że to było wczoraj. Listopad 1981 wodowanie, lipiec 1982 podniesienie bandery i pierwszy rejs w regatach Tall Ships Races do Lizbony. Jakże inny był wtedy „Dar Młodzieży”. Bez nadbudówki, skrojony na miarę ówczesnego czasu. Trochę taki bidny, bo i czas był biedny. Ale na pewno były w nim gorące serca młodych Polaków i nadzieja na lepsze jutro polskich stoczni i społeczeństwa. Kapitan Tadeusz Olechnowicz komendant „Daru” i jego zastępca kpt. Mirosław Łukawski, jak i znakomita większość załogi, to sprawdzeni ludzie na poprzedniku czyli na „Darze Pomorza”.  

Więcej…

Współcześni Apostołowie z nowego objawienia w San Martino z Schio w regionie słupskim

SCHIO_1

Już drugi raz odwiedzają nasz region przedstawiciele Ruchu Apostolatu Świeckich z Schio z diecezji Vincenza we Włoszech. Ruch powstał w wyniku objawień Matki Bożej, która ukazywała się jako „Królowa Miłości” mieszkańcowi Schio – Renato Baron.

Więcej…

Morskie opowieści: Tam za horyzontem ……

Michał Dąbrowski  o Leszku Wiktorowiczu

dabrDSC03211m

Wielkie marzenia rodzą się przeważnie z dala od ich przedmiotu. Dominująca tęsknota człowieka z głębi Polski, za morskim żywiołem przywiodła go z pod rzeszowskiej wsi tu nad Bałtyk. Jego pierwsze spotkanie z wielkimi żaglami miało miejsce w basenie wojskowym na Oksywiu w 1957 roku, gdzie jako kandydat do oficerskiej szkoły marynarki wojennej znalazł się na pokładzie historycznego żaglowca ORP „Iskra”.

Więcej…

Więcej artykułów…